Nie tylko zawodami człowiek żyje...

Po zakończeniu Włoskich zawodów - nadszedł czas na odpoczynek.
Wprawdzie długi weekend oraz przelotowcy namawiali na wyjazd w Alpy w pogoni za kilometrami, wraz z Jolą postanowiliśmy polatać trochę w Polsce.
Bez stresu - po prostu relaks...

Już pierwszego dnia, postanowiłem przylecieć sobie wraz z Dorotą ze Skrzycznego na Żar. Po przyjemnym locie oraz lądowaniu na Jaworzynie spakowaliśmy się i pojechaliśmy z Grześkiem do Żywca. Stamtąd Dorka zabrała mnie po samochód do Szczyrku. Na miejscu okazało się, że nie mam ze sobą elektroniki. Kokpit został gdzieś na parkingu przy Jaworzynie w Międzybrodziu Żywieckim.
Stresu co nie miara, więc pędzę na miejsce i szukam. Pomaga Piotrek, Adam z dziewczynami, ale niestety, nie ma. Zostawiam tylko informacje o zgubie u Tamary i Wojtka Dudka, a rzutem na taśmę, jadę jeszcze pod GSS. Na miejscu Łysy i Lucky na samo słowo "kokpit" reagują krzykiem - "Leć na lotnisko - jest w hangarze!". Dobiegam na kwadrat, szybownicy od razu wiedzieli o co chodzi, ukryty za parasolem Łukasz Chyla zaprowadził mnie i podarował zgubę wraz z numerem telefonu do znalazcy. Małżeństwo z Makowa Podhalańskiego znalazło sprzęt na parkingu pod Jaworzyną i zwróciło do hangaru na Żarze.
Wielkie dzięki!! Po kontakcie telefonicznym, Pani Ania i mąż polecą ze mną w tandemie!

Fajnie wspominam kolejny lot ze Skrzycznego. Warunki pierwsza klasa, start z kaskady i zaraz widzę Jolę świdrującą w kominie do góry. Lecę za nią. Ona postanawia zrobić jakiś lokalny lot, ja udaję się na południe. Nie miałem specjalnie koncepcji i prawie lądowałem w Węgierskiej Górce. Obierając sobie dogodną do lądowania łąkę zatrzymałem się w lekkim noszeniu tuż nad ziemią. Cierpliwie kręcąc wyjechałem do góry, co pozwoliło mi na powrót do Szczyrku. Joli już tam nie widziałem, więc lecę dalej. Wilkowice, Magurka. Na tej ostatniej zrobiłem maksymalną wysokość po czym postanowiłem sprawdzić, czy Jola jest w u siebie w domu ;) za Kętami. LK8000 radośnie pokazywało mi dolot więc dzida! Bardzo optymistycznie leciałem i nie spodziewałem się takiego wiatru w twarz. Padłem ok 3 km przed Bulowicami. Jola natomiast spokojnie wylądowała w Wilkowicach, robiąc ok 20km przelot.


Dzień później - Żar i start południe. Niepocieszona Jolanta ląduje pod szkołą szybowcową. Ja zaś znowu próbuje lecieć do Bulowic. Tym razem wiatr mi sprzyja i dolatuje nad Kęty z zapasem wysokości.
Świadomy sufitu w postaci strefy TMA rozciągniętej nad Balicami i Pyrzowicami nie dokręcam wiele, jednak termika pozwala na swobodne bujanie się nad całą okolicą. Ląduje na łączce tuż przy domu Joli.

Wielka szkoda, że TMA nad tym obszarem ogranicza wysokość swobodnego lotu do 1000 m n. p. m. W innym przypadku lot do Jaworzna byłby bardzo ciekawą opcją.
Ale skoro się nie da, to kolejnego dnia postanawiam jeszcze raz polecieć do Bulo - Jola czeka na mnie przy lądowisku, Kasia serwuje mrożoną Kawę :] - żyć nie umierać :D!